poniedziałek, 2 września 2013

Szkolenie diabła



    Odkąd zaczęłam chodzić do pracy i wracać z niej o 14:00 czy też 15:00 zaczęłam również oglądać telewizję. Normalnie zamykałam się w pokoju odosobniona z laptopem i moim światem, teraz jednak gdy przychodziłam brałam obiad i padałam na kanapie przed TV. Serial za serialem, program za programem i okazało się że na plus 2 o 18:00 leci program Cesara Millana. Oglądałam dzień w dzień, od poniedziałku do czwartku, aż doszłam do wniosku iż metody, które stosuje mogę wypróbować na Kajtku. Jak większość was zapewne wie, mam z nim problem z agresją – zdaniem Cesara Millana Kajtek znajduje się w czerwonej strefie. 
żeby nie było, on tutaj tylko je trawę
 
Próbowałam wielu rzeczy już od dawna, ale niestety nie bardzo to pomagało, teraz wiem iż prawdopodobnie w mniemaniu mojego psa to on rządzi moim domem, a ja jestem jego suką, która jest dba, ale tak naprawdę nie ma nic do gadania. Oglądając odcinki zauważyłam pewien schemat – mianowicie Cesar prawie zawsze zaczynał od spacerów. Twierdzi, że to on pomaga w ustaleniu hierarchii, to o wtedy tworzą się więzi. Nauczyłam się w miarę nad Rudym panować. Oczywiście nie przyszło to łatwo. Jego obrożę musiałam umieścić wysoko na szyi i prowadzić tak by cały czas szedł obok mnie. Nie powinien ciągnąć co niestety wciąż nam się zdarza mimo iż uczymy się od około 4 tygodni. Powiem wam nawet, że pierwszy dzień chodź ciężki bo Kajtuś się na początku trochę dusił i gdy szarżował serce się krajało, a ja musiałam reagować tak by wciąż pozostać asertywna i nie wykazać żadnej słabości, bo pies by to wykorzystał, był najlepszym spacerem. Drugi dzień też niezły, ale potem im później tym Kajtuś lepiej rozumiał, że ja chce go tak przez cały czas trzymać i to mu się nie spodobało. Próby złamania mnie nie przynosiły mu żadnych specjalnych efektów, ale nadal próbował i próbuje. Mimo to są też piękne chwile, że naprawdę chodzi pięknie przy nodze, a to właśnie cieszy.
Labek chyba Angus

   Teraz przychodzi wyeliminowanie agresji w stosunku do ludzi i zwierząt. Zaczęłam od tego iż nie unikałam ludzi wręcz przeciwnie gdy widziałam kogoś, samego czy z psem szłam specjalnie na wprost niego bo tylko tak mogłam go nauczyć, że szczekając zachowuje się nie właściwie. Tak też spotkaliśmy na drodze kilka psów. Starego znajomego labka i nowe kundelki.



  Na jednych reagował lepiej na innych gorzej, ale zgoła było lepiej niż wcześniej. Zaobserwowałam też, że trudniej mu się przekonać do zwierząt niż do ludzi. Co w sumie cieszy, bo psy rzadziej spotykamy. Już któryś raz z kolei udało nam się prawie bez żadnego mruknięcia minąć motor, a dzisiaj nawet bez zwracania na niego uwagi. Niestety naszą zmorą są rowery. Nie cierpi ich. Może on jechać daleko, ale jak zauważy i jeszcze jak rower zbliża się w naszą stronę, to Rudy jest jak szalony mustang, który został niespodzianie złapany na lasso i chce się wyswobodzić, tylko, że on by nie uciekł… Myślałam nawet, żeby spróbować, aby kuzyn pojeździł przed nim rowerem, tak wiecie poćwiczyć by zrozumiał, że rower to nic złego i skoro mija motor, który wydaje gorszy hałas, może też minąć rower, ale dochodzi kolejny problem. 

Zacznę od tego iż moja ciocia (mama kuzyna) chodzi codziennie ( w niedziele czy jak ma wolne dwa razy dziennie), na długie spacery ze swoimi psami. Suczką Pusią i jamnikiem Chapsem. Niestety Chaps to najgorsze czego Rudy nienawidzi. Ja jednak odebrałam to jako kolejną okazję do ćwiczenia opanowania, i zapytałam cioci czy mogę z nią chodzić jeżeli Kajtuś będzie w kagańcu. Zgodziła się.  Na początku wesoło nie było. Ale z czasem wydawało się, że jest coraz lepiej. Oczywiście warczały na siebie od czasu do czasu, a że Kajtuś jest większy i silniejszy to Chaps się go boi. I biedny jamniczek unikał go jak mógł. Chodził z tyłu z dala od niego. Po którymś spacerze było trochę lepiej. Chaps zobaczył, ze Kajtuś jest w kagańcu więc nic mu nie robi. Zaczęłam spuszczać Rudego ze smyczy. Warczenie nie znikło, ale było dość znikome. Rudy trzymał się na tyle blisko (przy nodze), że zawsze zdążyłam zareagować. 

Napomknę jeszcze, że Kajtuś reagował agresywnie nawet na ciocię, a teraz idzie bardzo grzecznie koło niej




Tutaj niestety Chaps biegł zbyt szybko



Ostatnio postanowiłam mu dać trochę więcej swobody i pozwolić mu pobiegać (wciąż w kagańcu) i to był błąd. Było za wcześnie, Rudy rzucił się na Chapsa, a ja jak zaklęta nie była pena jak reagować. Miał kaganiec więc wiedziałam, że go nie zagryzie co wzięło we mnie górę i postanowiłam im dać to załatwić między sobą, zwłaszcza iż widziałam, że jeżeli ja albo ciocia podchodzą to psy są jeszcze bardziej rozszalałe. 



 
Zostawiłam je. Kajtuś szybko dał spokój Chapsowi i przybiegł do mnie mimo iż go nie wołałam. Niestety atmosfera była koszmarnie napięta. Oba psy najeżone. Zacięcie na siebie warczały. Chaps się bał i chciał go odstraszyć, a Rudy, kurcze Rudy był sobą. Szybko go zapięłam. Ciocia chciała uspokoić Chapsia i wtedy zobaczyła krew na uchy psa. Okazało się, że Kkajtkowi udąło się otworzyć pysk (ma materiałowy kaganiec),na tyle by między zęby mogło wcisnąć się cienkie ucho. Nie było to nic bardzo poważnego, ale nieźle krwawiło. Stało się to w niedzielę, na porannym spacerze, kiedy poszliśmy na wieczorny Chaps z nami nie pobiegł. Wrócił się do domu. Dzisiaj po tym wszystkim ciocia nawet nas nie zawołała, że idzie. Nie dziwię się jej, ale przez to czuję, że nie powinnam nawet prosić kuzyna o taką przysługę pomocy z rowerem, bo najzwyczajniej w świecie ciocia będzie się bała o syna.

Wiecie co najbardziej mnie wkurza? Ja sama wiecznie te głupie błędy! Czuję, naprawdę czuję, że gdybym dostała jeszcze jedną szansę i wolną rękę, tak, że nikt by nie wtrącał się do tego jak to robię, mogła liczyć na pomoc (z rowerem i Chapsem) to by się udało, ale po tym co zaszło chyba mogę o tym zapomnieć i liczyć, że wystarczą Rudemu zwykłe spacery i napotkane czasem psy.
Wracając do Milana. Stosuje on dwie rzeczy, których zawsze używa. Pierwsza to dotyk. Gwałtowny, szybki i taki jakby ugryzienie dłonią. Na początku mi to nie wychodziło i nadal nie bardzo wychodzi. Udało się raz, gdy Kajtek był gotowy rzucić się na Chpsa, ale zauważyłam wtedy iż jest to bardzo niebezpieczna metoda.  Chodzi o to, że ,,ugryzłam” Kajtka gdy się tego nie spodziewał ( o to chodzi) i nie wiedział kto to zrobił, odwrócił się więc gwałtownie i chciał atakować, ale szybko kapnął się, że to ja i pierwszy raz zrozumiał, że ja też potrafię pokazać ,,żeby”, że nie wszystko toleruję, mimo to,  w życiu nie pozwolę komukolwiek tak go korygować, bo nie wiem jak by się to mogło skończyć. 

Druga to takie syczenie, jakby uciszanie. Próbowałam tego kilka razy, ale nie wiele, gdyż niestety na Kajtka działa to w inny sposób, a mianowicie – reaguje tak jakbym go szczuła. Szybko więc tego zaprzestałam i stosuję pstrykanie palcami. Wie, że oznacza to iż coś mi się nie podoba, gdyż w domu zawsze gdy wchodził na łóżko czy robił coś innego co mu nie wolno tak właśnie go …hmmm…jak to nazwać zmuszałam do posłuszeństwa? I tak kiedyś chciałam go uspokoić, ale zaczęłam za późno (ciężko trafić w ten właściwy moment) i zaczął już szczekać, przez co musiałam strzelać mu zaraz koło uszu. Niestety mama stwierdziła, że go biję, więc unikam tego, żeby ktoś obcy tez tak nie pomyślał, bo OCZYWIŚCIE go  NIE BIJE.

Tak więc marnie nam idzie, ale zawsze jakoś, mam nadzieje, że w ten miesiąc uda się coś zrobić bo jak potem wyjadę na studnia to mama będzie miała z nim bardzo ciężko. Nigdy z nim nie chodziła na spacery, zawsze byłam to ja, bo to był mój pies i mogłaby sobie z nim nie radzić, przez co musiałby być skazany na litość cioci, kuzyna czy też wujka, którzy niestety nie robili by tego tak często jak mama.
Jak znacie jakieś metody, albo macie jakieś porady to mówcie chętnie skorzystam.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Słoiki - nowy czasomierz

      
           A więc kochani muszę wam powiedzieć, że od wtorku (30.07.2013r.) zaczęłam pracę sezonową w przetwórni ,,Orzech".

Zadzwonili do mnie dzień wcześniej i powiadomili bym się stawiła o 6.00. Dzwonili również do mojej kuzynki, z którą umówiłam się, że pojedziemy razem rowerami. Prawie w brami spotkałyśmy naszego kuzyna który okazała się tam pracować już trzeci sezon. Zaprowadził nas więc w miejsce gdzie mamy poczekać, do którego zresztą chwilę później przeszła koleżanka która też właśnie zaczynała pracę, a o czy nie wiedziałyśmy. W pierwszy dzień wysłali nas robić słoiki. Czyli pakować do nich ogórki. Takie na orzecha (czyli małe około 9cm, nie grube po prostu idealne), albo zielone (czyli takie już większe, grubsze, ale też nie jakieś beczki). Z początku kobity się trochę czepiały. A każda z nas stała przy innej taśmie. O 10:00 przerwa trwająca 20 minut - zbawienie ;p Po niej zaś niedługo później wzięli mnie i kuzynkę do pakowania sałaty, niedługo później dołączyła też koleżanka.

Na drugi dzień ogórki. Od tego też czasu kuzynka stała koło mnie. Strasznie się ciągnęło. Tak jak i każdy kolejny dzień. Tylko ogórki, ogórki i jeszcze raz ogórki. Przerywnikiem były odgłosy rozbijanych słoi oraz dość niecodzienne zjawisko jakim okazała się afera cukierkowa. Ponoś ktoś włożył na spód słoika z ogórkami papierek po cukierku. Najlepsze, że na naszej taśmie. Ale nikt publicznie się nie przyznał mimo iż grożono sądem, osobie którą nagrały kamery. Do tej pory nie wiem kto to zrobił. Koleżance udało się trafić na taśmę, czyli przyprawiała słoje liściem laurowym. W piątek (przedostatni dzień pierwszego tygodnia, tak pracujemy w soboty;( ) do kuzynki przyszła szefowa i powiedziała, żeby od poniedziałku przyszła na drugą zmianę, będzie pakować sałatkę. Patrzyłam na nią ukradkiem czekając, aż powie, że ja też, ale tak się nie stało. Miałam jako jedyna z naszej trójki zostać na ogórkach :(  Na moje szczęście od poniedziałku czy też wtorku trafiłam na taśmę do koleżanki. Ja wrzucałam liścia a ona chrzan. Pod koniec dnia zmienili słoje (w sensie nie było trzeba przyprawiać już chrzanem, zostały tradycyjne przyprawy, liść, koper i wsypywane przez maszynę pieprz, gorczyca i ziele), przez co koleżankę odesłali na coś innego, a ja zajęłam jej miejsca. Głupio mi przez to było. Bo ona trafiła na ogórki mimo iż nie potrafiła ich robić, gdyż już drugiego dnia wzięli ją na taśmę do słoi.


Teraz jestem do wielu rzeczy. Najczęściej przyprawiam słoje. Głównie jest to liść. Ale niedawno temu lewą ręką wrzucałam cebulę, a prawą marchew. Koszmar jakiś. Bo taśmy nikt nie zatrzymuje gdy ja nie wyrabiam. Po prostu nie mogę nie wyrabiać, a ona goni jak szalona. Na szczęście koleżanka, która tez jest od wszystkiego ( nie rzadko, jeżeli wogóle trafia na ogórki), czasem mi pomagała wrzucając lewą  ręką liścia, a prawą cebulę. Czasem przyprawiam duże słoje takie 1,7 (które nie lecą na taśmie), czasem wykładam słoje na taśmę na ogórka, czasem do koszy na sałatkę, czasem pakuję sałatkę. Po prostu jestem tu i tam :D

Zmienili maszynę do sypania przypraw (gorczycy, pieprzu i ziela), która niestety też (jak i poprzednia) ma wady. O ile wcześniejsza tłukła czasem słoje - jeden przez mnie (zostałam tam już oczywiście ochrzczona [nie że imieniem], bo jak można być dobrym pracownikiem nie stłukłszy żadnego słoja), to ta się zacina i raz mi prawie zmiażdżyła rękę, gdy chciałam ją naprawić, co niestety leży w moich obowiązkach, bo stoję koło niej i co więcej ja tam uzupełniam brakujące zioła.

Ale wiecie co jest najgorsze ? Czas który nie ubłagalnie się dłuży! I tutaj wchodzimy w nowy wymiar czas. Bo gdy spojrzysz na zegar, zegar tego świata, wymyślony przez istoty stąpające po tej ziemi, wiszący na głównej ścianie zginiesz śmiercią nienaturalną. Gdyż będzie to zawał, spowodowany świadomością ile jeszcze zostało czasu...Moja metoda była więc prosta. Kiedy stałam przy ogórkach robiłam średni jeden kosz (czyli 20 słoi) na 20-30 minut. Co oznaczało, że 2-3 kosze i minęła godzina. Do przerwy jest 4 godziny, a więc na zegar mogłaś spojrzeć dopiero gdy zrobisz 10koszy, aby nie nastąpił zawał ;p
Teraz kiedy stoję na taśmie, przy starej maszynie, gdy przeszło 2 000 słoi mijała godzina. A więc wrzucisz liścia do 4 000 słoi (bo wrzucałam wtedy co drugi) nastąpi przerwa. Z tamtego miejsca nie widać zegara, żeby go zobaczyć trzeba się dużo wychylić za ścianę, więc taki zegar wskazany. Teraz odkąd jest nowa taśma. Nie wyrabiam z liczeniem słoi. Bo stoję na taśmie sama i wrzucał liścia około do trzech słoi na 1 sekundę!! Tragedia. A więc patrzę na przyprawy, które działają jak klepsydra. Gorczyca kończy się po około 40 minutach, ziele w 1h 05 min, a pieprz 1h 20 min.

 
 I tak tam sobie teraz żyje. Od czasu do czasu nudząc piosenki, dla zabicia czasu, albo rozmyślając o wielu rzeczach. Jak na przykład miałam dzień miłości. Myślałam o czymś romantycznym, albo o fajnych cytatach z komedii rom. i co? I tedy za każdym razem brałam do ręki liść w kształcie serca. Wiem ja też bym nie uwierzyła, gdybym tego nie przeżyła. Ale na prawdę tak było i nie mam pojęcia jakim cudem :) Jeden nawet przyniosłam do domu, ale oczywiście tak gdzieś trzepnęłam, że teraz nie wiem gdzie jest:(

Dobra to tak w skrócie, następny post będzie o tresurze Rudego (ale nie wiem kiedy) :p
Pozdrawiam    



*fotki z neta

poniedziałek, 8 lipca 2013

Matura


Postaram się wam teraz opisać, jak wyglądał mój miesiąc matur.


Niedziela 05.05.2013r.
Dzisiaj po spacerze z Kajtkiem odwiedziła nas suczka mojej cioci. Niestety nie udało mi się zrobić ładnych zdjęć gdyż była bardzo ruchliwa co więcej szybko uciekła.
Wieczorem wraz z kuzynką poszłyśmy do koleżanki, aby pobiegać, powtórzyć lektury na polski, a około 22:15 wybrać się na fajerwerki, gdyż był to dzień zakończenia Dni Kolbuszowej. Ostatni szalony dzień przed maturami. Fajerwerki nie były złe chodź kilka lat temu udały im się naprawdę wspaniałe, gdyż były nad twoją głową i zarąbiście to wyglądało, na dodatek były bardzo ładne. Jednak z różnych przyczyn odstąpili od tego. Mimo to dobrze, że są jakiekolwiek J Kiedy było już po wszystkim zaczęłyśmy się żegnać na środku bocznej drogi. W pewnej chwili całkiem zszokowane ktoś na nas trąbi, obejrzałyśmy się, a tam radiowóz :/ Zeszłyśmy szybko z drogi, a on pojechał. Gdy koleżanka odeszła, wraz z kuzynką zaczęłyśmy się kierować w stronę mojego auta. Szłyśmy akurat drogą którą jechała policja. Wjeżdżali w różne zakamarki sprawdzając pewnie czy nikt pijany nie leży pod płotem, albo też nikogo nie zaczepia. Dochodząc do auta, policjant widział że wsiadam za kółko, myślałyśmy, że podejdzie i jakiś alkomat albo co, ale nic z tego. Potem z nimi chwile jechałyśmy ale nie reagowali :)

Wtorek 07.05.2013r.
Dzisiaj miałyśmy pisać polski. Wcześniej jednak pojechałyśmy na 7:00 do kościoła, gdzie była odprawiana za nas msza. Po skończonej mszy, miałyśmy na 8;15 (o tej zaczynali wpuszczać na maturę), być w szkole. Wsiadałam więc do swojego samochodu wraz z kuzynką i koleżanką. Miałam jeszcze wstąpić do sklepu po czarny długopis, bo ten co miałam nie wiedziałam czy mi wystarczy, a więc zajechałam pod najbliższy kiosk, który niestety z powodu zbyt wczesnej pory był zamknięty. Miałam więc nadzieję, że uda mi się od kogoś pożyczyć. Zajechałyśmy więc na miejsce na parkingu pod szkołą i zaczęłyśmy zbierać z samochodu wszystkie potrzebne rzeczy. W tej to chwili koleżanka zauważyła, że nie wzięła dowodu. Odpalamy silnik i ruszam. Pada pytanie: ,,masz klucze do domu” i gwałtowna odpowiedź: ..nieee!” L Sięga więc błyskawicznie po telefon i dzwoni do mamy. Zajeżdżam do niej pod szkołę, ale ona nie odbiera. Koleżanka nie wiedziała gdzie ją znaleźć, odjeżdżam więc, a ona dzwoni do taty. Korki jak nazłość ogromne, dlaczego? Bo przecież wtorek! Dojechałam jednak do gminy, gdzie pracuje jej tata. Niestety jej nie udało się do niego dodzwonić. Wbiegła mimo to do środka. Sekretarka wyprosiła go ze spotkania, koleżanka otrzymała klucze i pojechałyśmy do niej do domu. Szybko znalazła dowód i czarny długopis dla mnie po czym ruszyłyśmy do szkoły. Na miejscu okazało się, że już nas dawno wołali. Ale jeszcze nie wszystkie klasy weszły więc w sumie nic strasznego się nie stało. Wylosowałam numerek ławki. Trafiłam na 2. Zaraz na przodzie pod oknem. Siadałam tam znajdując jedną zaletę – przynajmniej nie fiknę mając stały dopływ powietrza, gdyż okna były otwarte. Niestety, po chwili zamknięto okna, gdyż ktoś powiedział, że przeszkadza mu hałas kosiarki dochodzący z pola. Zaczęliśmy. Powiem, że w części pisemnej trafiłam na lekturę którą przeczytałam (a to rzadkość). I chodź nie musiałam się odwoływać do treści z lektury sama świadomość znania lektury mi pomogła i zajęłam wszystkie możliwe kartki by opisać temat. Po wyjściu czekała na mnie drożdżówka i woda do picia (w butelkach)

Środa 08.05.2013r.
Dzisiaj bez większych kłopotów oprócz tego, że zapomniałam linijki. Na szczęście kuzynka która ze mną jechał przypomniała mi i wzięła ode mnie z domu (aby ja już nie musiała się wracać). Wzięła linijkę, kątomierz i ekierkę, bo nie pamiętałyśmy czy można wszystko czy nie. Po wylosowaniu numerka 44. Jak to ten wielki w ,,Dziadach’’ co ma zbawić świat z numerem czterdzieści i cztery. Po czym usiadłam w ostatniej ławce prawie w środkowym rzędzie. Podczas egzaminu podeszła do mnie kobieta zabierając  ekierkę i kątomierz mówiąc, że tego nie wolno mieć i odbiorę przy wyjściu. Tak też potem zrobiłam, a na korytarzu czekała drożdżówka z wodą. Niestety mimo iż spodziewam się mieć ponad 70% jestem bardzo nie zadowolona gdyż straciłam 4 punkty na banalnym zadaniu, bo nie podzieliłam jednego dziadostwa…

Czwartek 09.05.2013r.
Angielski. Koszmar mojego życia. Nienawidzę uczyć się języków obcych. Nic mi nigdy nie wchodzi do głowy. Mimo iż testy próbne pisałam na ponad 80% teraz spodziewałam się najgorszego. Test ten pisaliśmy w klasie a nie na hali, gdyż nie było by słychać magnetofonu. O ile dobrze pamiętam miałam 8 numerek. W każdym razie siedziałam na środku klasy. Zastanawialiśmy się czy będzie list oficjalny czy prywatny. Osobiście wolę prywatny bo możesz spokojnie pisać potocznym językiem. I taki na szczęście był. Gdy już wszystko skończyłam, zaczęłam na wszelki wypadek czytać raz jeszcze i co się okazało? Nie napisałam na temat jednej kropki w liście, a list miałam już wtedy na maxymalną ilość słów. Musiałam wszystko poskracać, powyrzucać i dopisać to co brakuje, a zegar tyka …. Na szczęście zdążyłam, a pani widząc moje gorączkowe liczenie słów i ciężką pracę nad tekstem patrzyła na mnie z politowaniem, co jeszcze bardziej pogarszało moje samopoczucie. Gdy skończyłam, oddałam prace i poczułam jak spada mi ciężar z serca. Potem już w domu, czekałam z kuzynką na wyniki i …. I nie doczekałam się. Nie było ich bardzo długo. Kuzynka poszła do domu i całe szczęście bo po obliczeniu ile mi wychodzi byłam załamana. Mogłam liczyć tylko na 60%. Całymi dniami chodziłam jak struta. Nie mogąc się skupić na nauce wosu i geografii.

Poniedziałek 13.05.2013r.

Dzień w którym mają się potoczyć moje dalsze losy czyli zdanie wosu. Przedmiotu który będzie decydował o tym czy dostane się na bezpieczeństwo wewnętrzne czy tez nie. Jeszcze w niedziele wieczorem miałam do powtórzenia 1/3 vademecum co nie nastawiało optymistycznie. Mózg niestety odmówił posłuszeństwa, tak więc z myślą, że mam na 14:00 udałam się na odpoczynek. Rano koleżanka obudziłam mnie sms’em pisząc: ,,Powodzenia” i coś mnie tchnęło żeby sprawdzić rozpiskę zanim napiszę: ,,Dzięki, ale egzamin mam dopiero o 14:00” i wtedy poczułam serce w gardle. Egzamin nie był o 14:00 tylko o 9:00!! O 14:00 mam ale geog która ma być we wtorek! W ogromnym pośpiechu przygotowała strój, ubrałam się i pojechałam do szkoły. Na szczęście zdążyłam. Niestety materiał nie został przerobiony do końca. Wylosowałam miejsce z samego przody przed komisją. Otworzyłam egzamin i stwierdziłam, że g….no wiem. Wróciłam do domu spokojna, że mam to za sobą, ale koszmarnie bałam się gdy zobaczę wyniki. Przejrzałam je i stwierdziła, że powinnam mieć około 60%. Koleżanka zaś powiedziała, że będzie miałam mniej. Co - wiem wredne -  napawało mnie radością. 

Wtorek 14.05.2013r.
Ten dzień był bardzo luźnym dniem. Nie przykładałam się do niego, gdyż geografia nie była mi do niczego potrzebna co więcej na próbnej miałam 60% a w ogóle się nie uczyłam. Tak więc poszłam nie zestresowana i zaszokowało mnie jak trudny się okazał. Nie wiedziałam wielu rzeczy i znów do domu nie wróciłam szczęśliwa. Liczyłam na około niewiele ponad 50%.

Wtorek 28.05.2013r.
Dzisiaj ustny polski. Tekst nie opanowałam tak rewelacyjnie jak bym chciałam, ale nie było tragedii, mimo to sam fakt, że mam tam iść i stanąć (bądź siąść) przed komisją i opowiadać przyprawiało mnie o ogromny strach. Egzamin miałam mieś gdzieś bardzo późnym wieczorem, ale okazało się, że nie ma przerwy i został przesunięty, co niestety spowodowało jeszcze większy stres. Ale jak mus to mus. Pojechałam. Gdy dotarłam pod salę czekali tam znajomi którzy zaczęli opowiadać jacy to straszni ludzie w tej komisji. Co okazało się niezłym żartem. Co gorsza jednak zapomniałam dowodu, a okazało się, że go sprawdzają. Gdy weszłam do sali, zauważyłam stół nakryty obrusem, a za nim obcą mi kobietę. Przed stołem zaś stało krzesełko. Zostałam poproszona by usiąść, co z wdzięcznością poczyniła i po chwili zapytano mnie o dowód powiedziała, że niestety go zapomniałam i że jeżeli jest to bardzo koniecznie zadzwonię do kogoś kto mi go przywiezie. Co okazało się na szczęście nie konieczne. Nauczyciel poprosił o rozpoczęcie i w tej chwili poczułam, że nie mam zielonego pojęcia jak mój tekst się zaczynał. W Sali rozległa się głucha cisza. Widziałam rozglądające się, zniecierpliwione spojrzenia nauczycieli, a żołądek zawinął mi się w supeł. Po upływie około 30 sekund, które dla mnie były wiecznością nagle przypomniałam sobie jak to szło i czym prędzej ruszyłam, aby nie przeciągać. Szło nieźle (chyba). Nauczyciele nie patrzyli mi w oczy tylko błądzili wciąż wzrokiem po sali, by w pewnej chwili mój wzrok spotkał się ze wzrokiem obcej mi nauczycielki. Patrzyła na mnie przez jakiś czas, ja patrzyłam na nią, a słowa same leciały z moich ust, by nagle w jednej chwili wszystko rozsypało się na strzępy. Kobieta gwałtownie odwróciła wzrok co spowodowało całkowite wyrwanie mnie z kontekstu i przez 5 sekund nie wiedziałam co dalej. Na szczęście udało mi się wrócić myślami do tekstu. Gdy zakończyłam padły 3 pytania. Dwa do tekstu (jak objawiał się prometeizm w Konradzie Wallenrodzie i coś o Starym Prometeuszu czego nie do końca zrozumiałam, ale mimo to nawijałam co mi przychodziło do głowy) i jedno takie bardziej o moją opinię (Dlaczego wciąż wracamy w utworach literackich do postawy prometejskiej). Po tym jak wyszłam z sali weszła jeszcze jedna osoba i wyniki. Okazało się, że zdobyłam 90% - z czego ogromnie się cieszę i czego się nie spodziewałam.

Czwartek 28.05.2013r.
Kolejny koszmar w moim życiu – ustny angielski. Nie będę się rozpisywałam powiem tylko, że była to moja chyba najgorsza wypowiedź po angielsku. Całkowicie zaskoczona pytaniami na dodatek nie umiałam bym na nie odpowiedzieć nawet po polsku otrzymałam tylko 57%. Tyle co jedna z moich koleżanek, ale dowiedziałam się, że ma tyle samo dopiero po jakimś czasie i długo chodziła struta, mimo iż mama wmawiałam mi że to wcale nie jest zły wynik.

Piątek 28.06.2013r.
Dzień wyników. A może nie do końca, bo wyniki pojawiły się dopiero w nocy po północy. Mimo iż logowałam się o północy i około pierwszej wyniki znałam dopiero o 02:22 – wiem ciekawa godzina. I tak polski – 84%, matma – 76%, angielski – 84%,  wos – 55%, geog – 42%. Gdy to przeczytała przez myśl przeszło mi, że się pomylili (jak się potem okazało wielu znajomych tak myślało o swoich wynikach). Niestety teraz żałuję, że nie zdawałam żadnego rozszerzenia, bo wynik 55% nie wiele mi daje, a koleżanka uzyskała 68% co jeszcze bardziej mnie dobiło. Mimo to mam ogromną nadzieję, że uda mi się dostać na Uniwersytet Marii Curie-Składowskiej w Lublinie. Na początku planowałam Kraków, ale koleżanka się tam nie dostała, a chciałyśmy mieszkać razem. Zdała ona egzamin z rysunku w Lublinie stąd zmiana planów. Mamy już prawie załatwione mieszkanie i jak się nie dostanę to będzie kolejne wielkie rozczarowanie, żali i ogromne cierpienie, ale staram się o tym nie myśleć i żyć optymistycznie nastawiona.
W sobotę po wynikach urządziliśmy sobie ognisko. Kolega założył się, że nie zda z polskiego. Był tak tego pewien, że zrobił błąd kardynalny, że założył się o 2,5litry wódki. Biedak musiał to wieczorem postawić ;p Niestety pierwszy i ostatni raz wykazałam się tak wielką nierozwagą, że piłam 3 rodzaje wódki, popijając winem co skutkowało iż w pewnym momencie po prostu odleciałam. I z imprezy nie pamiętam wszystkiego. Na szczęście nie wymiotowałam, mój żołądek okazała się silniejszy od chłopaków, którzy potem pluli dalej niż widzieli. Jeden nawet zemdlał i rzygał pod i na siebie. To było straszne, ale w końcu to po maturach, zdanych w naszej klasie w 100% można więc było zaszaleć ;p
 A co z tego było najzabawniejsze? Pijany kolega, który wyjechał z pytaniem, czy to zoo bo wszędzie do około są pawie :D

niedziela, 2 czerwca 2013

Recenzja książki ,,Tajemnica rzeki Lost River"



Mały pokoik. Tak mały, że aby przyjść z jednego jego końca do drugiego (co w cale nie stanowiło tak wiele) trzeba było stanąć na łóżku, bądź zrobić ogromnego kroka. Oprócz łóżka, była tam też ogromna szafa, pełna książek i ciuchów, chodź większość niepotrzebnych najwidoczniej właściciel nie potrafił się ich od tak pozbyć. Na szafce stoi nie dopity jeszcze jogurt, a za nim leży nóż, jakby do smarowania chleba chodź i tak już dawno nikt go nie używa. Uchylone okno powoduje, iż stukające w okno grube krople deszczu powodują ogromny hałas. Mimo to młoda dziewczyna siedząca na łóżku, mająca około 19 lat, nie rusza się. Patrzy w jeden punkt na szafie, i chodź nie ma tam nic ciekawego nie odrywa wzroku. Powoduje to iż ma się wrażenie, że zapadła w śpiączkę. Ona jednak siedzi i od czasu do czasu pozwala powieką szybko opaść by za chwilę znów unieść się do góry. Z owego transu nie jest w stanie wyrwać jej nawet najgłośniejszy hałas, ani walące w parapet krople, ani ujadający na podwórzy pies. Dziewczyna ta siedzi z podkulonymi nogami, nakrytymi kołdrą, a głowa jej pełna jest niekończących się łańcuchów myśli. I choć po trochu czepia się każdej to właśnie ta jedna bywa w jej umyśle najczęściej. Dlaczego takie zakończenie? Mógł tam przecież zginąć. Przecież ta woda nie myśli, czemu go nie pochłonęła? On nie powinien tam skakać skoro już to jednak zrobił, czemu przeżył. I czemu to epilog opowiada zakończenie historii, które jest tak urywane i opowiedziane krótkimi zdaniami. Zamiast opisane jeszcze w choćby 30 stronach. Nie rozumiem, co to ma znaczyć. Myśli dziewczyny nie krążyły wokół niczego innego jak dopiero co przeczytanej książki. I chodź nie lubi ich czytać, tą przeczytała w około 3 dni. A przecież miała ona ponad 500 stron, a dziewczyna miała mnóstwo innych zajęć. To trzeba zrobić to, to tamto, trzeba pojechać tam, przywieźć to, a jednak. Ona ją przeczytała. Czytała ją każdego ranka gdy tylko się obudziła. Siadając wygodnie na łóżku i udając przed całym światem, że jeszcze śpi. Czytała ją także wieczorami. Książka ta tak ją fascynowała, że siedziała z nią tak długo, dopóki jej umysł dawał radę cokolwiek rejestrować. I chodź czuła, że za bardzo go przeciąża, że chodź tylko czyta to musi odpocząć, nie potrafiła odłożyć książki, zdjąć okularów, zgasić światła i zasnąć. Robiła to dopiero wtedy, gdy jej ciało, samo nakazywało, układać się w łóżku coraz wygodnie, ręce zaczynały swobodnie opadać, nie mogąc utrzymać w dłoniach książki która zdawała się ważyć 10 kilo, a oczy tak nieposłuszne, zamykały się, z trudem otwierając, jakby chciały zatrzasnąć się raz na dobre i nie otwierać, aż słońce ukaże się na horyzoncie. Teraz jednak gdy przeczytała ostatnią kartkę z książki. Nawet to co było dodane od autora, wszystkie podziękowania. Czuła ogromne rozczarowanie, może nawet nie samym faktem, że rozczarowało ją zakończenie, ale to iż książka się skończyła. Tyle. Nie ma już ani jednej kartki, ani jednej linijki, ani jednego słowa. Jedna marna kropka i tyle. A przecież ona chciała czegoś więcej, pomimo iż goniła i czytała tę książkę, najszybciej jak może, to teraz, czuła tylko to głupie rozczarowanie, dlaczego ta książka się już skończyła?
Spojrzała na raz jeszcze na okładkę: ,, Tajemnica rzeki Lost River” Michael Koryta. Nad napisem zaś znajdował się cytat, niejakiego Michaela Connelly i wielkie drzewo na niebieskim tle nieba. Nic więcej, nic co mogło by zapełnić pustkę, stworzoną po tym iż czytanie tej książki, dobiegło końca. Odwróciła więc książkę na drugą stronę, by obejrzeć, okładkę z tyłu książki.
Wartka akcja oraz galeria ciekawych postaci umieszczona w scenerii urokliwej przyrody Środkowego Zachodu. Nawiązująca do najlepszych tradycji powieści gotyckiej thriller, błyskotliwie pomyślany i przerażająco realny. Powieść, która intryguje od pierwszej do ostatniej strony!” – przeczytała. Po czym opuściła wzrok niżej i ujrzała trzy cytaty, będące opinią o owej książce. Ten jednak szczególnie zapadł jej w pamięci: ,, Jedna z tych książek, podczas czytania których trzy razy upewnisz się, czy aby na pewno pozamykałeś wszystkie drzwi. Cudownie przyprawia o dreszcze”. O tak, to muszę przyznać, książka była naprawdę przerażająca. Zwłaszcza, gdy czytałeś ją podczas zapadającego zmroku i gdy ciało odmawiało posłuszeństwa by czytać dalej, a ty musiałeś zgasić światło. Mimo to książka naprawdę warta polecenia. Gdy ktoś lubi zagadki i przewijającą się przez powieść magię. 


Pozdrawiam:)



PS. Post o maturach jeszcze się pisze, ale mogę powiedzieć, że już około tydzień temu zakończyłam wszystkie i teraz pokornie czekam na wyniki 

sobota, 4 maja 2013

Ja, on czyli zabawy czas :)

     Wiecie u mnie to jest tak, że kiedy przyprowadzam wieczorem Kajtusia do domu, to zanim zje zanim cokolwiek zrobimy, wpada na legowisko chwyta sznur i się zaczyna...
    Przeciąganie sznurem to jego ulubiona zabawa. I chodź kiedyś w jeden wieczór potrafił rozgryźć ten największy, to teraz mam go już chyba ze trzy tygodnie prawie w nienaruszonym stanie, ale co tam przynajmniej jest się czym przeciągać.
    Kiedy się z nim bawię pochłania mnie to w pełni, co tam jak ja wtedy wyglądam, co tam, że robimy straszny bałagan w pokoju, ważne jest to co wtedy czujesz, jak wali ci serce gdy próbujesz wygrać tę walkę ,,na śmierć i życie", a której wygrana jest ukoronowana posiadaniem tego jakże pożądanego sznura.

Kiedyś postanowiłam uchwycić te momenty na zdjęciach, ustawiłam go więc w pokoju, włączyłam samowyzwalacz i ...





Te emocje...zwłaszcza na mojej twarzy hahaha :D



A po wszystkim odpoczynek ze zwycięskim sznurem w swych objęciach :)



 Pozdrawiam :)

środa, 1 maja 2013

Kleszczofobia


Wielu ludzi uważa że kleszcze to nic takiego, bądź wręcz przeciwnie panicznie się ich boją. Niestety ani to ani to nie jest dobrym wyjściem, gdyż we wszystkim trzeba znać jakiś umiar.
Dzisiaj np. zakupiłam gazetę Przyjaciel Pies, gdzie było wspomniane o babeszjozie – choroba ta jest bardzo niebezpieczna, nie leczona może doprowadzić do śmierci, a sam jej wirus jest przekazywany w ślinie przez właśnie kleszcze.
Następnie wzięłam się za czytanie wosu (uczę się do matury:( ), niestety, albo stety bo strasznie mi się nie chciało, Kajtuś zaczął piszczeć domagając się spaceru, wzięłam więc, szelki, smycz, aparat i sznur do zabawy. Na początek wstąpiliśmy do mojego nowego domu (który nie jest jeszcze wykończony), aby pootwierać tam okna. Przy okazji zostawiłam tam też sznur, aby nie nosić go w kieszeni. Pomaszerowaliśmy dalej.  W trakcie drogi zauważyłam, że Kajtuś się zmęczył i chce mu się pić, skierowałam się więc w stronę niedalekiego strumyka.




Kiedy tam doszliśmy, Rudy kosztował wody, a ja pstrykałam zdjęcia, w pewnej chwili zobaczyłam piękne żółte kwiaty – kaczeńce pomyślałam i postanowiłam, podejść tam i zrobić im zdjęcia. Złapałam smycz i powiedziałam do małego, który skończył pić wodę jakiś czas temu: ,,idziemy”. Od kaczeńców dzieliły nas małe krzaczki, i drzewa, ale nie były one dla mnie przeszkodą, Kajtuś za to nie bardzo chciał tam iść. Jednak po moich namowach (,,Kajtuś na chodź..”), łaskawie zgodził się pójść za mną. Kiedy doszłam, oddałam się w pełni fotografowaniu pięknych kwiatów.



Niestety Rudy nie był tym zachwycony (nie lubi takiej bezczynności) i strasznie ,,marudził”. Ja jednak na jednym z kwiatów ujrzałam muchę i chciałam ją złapać w locie, jak sfruwa z kwiatka. I udałoby mi się to gdyby nie jeden, przeraźliwy fakt! Kleszcze!! Na prawej dłoni zauważyłam jednego tego paskudę i czym prędzej zaczęłam stamtąd wychodzić. Oczywiście tego dziada wcześniej zwaliłam, następnie mimowolnie rzuciłam wzrokiem na Kajtka i na nim także zauważyłam to małe okropieństwo. Zrzuciłam jednego, drugi skutecznie zakopał mi się w sierści Kajtka, próbowałam go wyjąć niestety na próżno, pomyślałam, więc: ,,i tak cię złapię gdy tylko wyleziesz” i zaczęłam dalej przeszukiwać Kajtka w poszukiwaniu innych. Moje skupienie przerwał nadjeżdżający bardzo głośno pociąg. Zaprzestałam wiec wykonywanej jeszcze przed chwilą czynności i postanowiłam udać się do domu, rozebrać i przeszukać czy sama nie mam więcej tego małego paskudy na sobie. I wiecie szłam tak szybko, ale prawie biegnąc, że minęłam ów pociąg ! ;p Niezła jestem co ? A tak naprawdę to ten pociąg strasznie się wlukuł, konduktor nawet zszedł na schodki i zaczął coś sprawdzać, myślę, że cos się mu zepsuło, ale już nie pytałam, tylko szłam dalej.



 Kiedy dotarłam, do domu, który budujemy, rozebrałam się i o dziwo nie znalazłam, żadnego innego kleszcza. Byłam prawie przekonana, że jakiegoś znajdę w końcu mierzę sobie około 170 cm, z czego bity metr to są nogi, na których nic nie znalazłam, za to udało mi się odnaleźć zagubionego kleszcza u Kajtka. Po tym wszystkim usiedliśmy sobie na schodach przed domem, znaczy ja usiadłam, bo ten mały wariat ganiał jak szalony i tylko chwilami siadał, czy też się kład.






Czasem trzeba sobie przysiąść i odpocząć

 



Mimo jednak wszystkiego mam wrażenie, że spacer był udany ;p
Pozdrawiam:D

PS.Zapomniałam wspomnieć, od piątku (26.04.2013r.), jestem wolna – skończyłam szkołę, teraz tylko…tylko matura :(