poniedziałek, 8 lipca 2013

Matura


Postaram się wam teraz opisać, jak wyglądał mój miesiąc matur.


Niedziela 05.05.2013r.
Dzisiaj po spacerze z Kajtkiem odwiedziła nas suczka mojej cioci. Niestety nie udało mi się zrobić ładnych zdjęć gdyż była bardzo ruchliwa co więcej szybko uciekła.
Wieczorem wraz z kuzynką poszłyśmy do koleżanki, aby pobiegać, powtórzyć lektury na polski, a około 22:15 wybrać się na fajerwerki, gdyż był to dzień zakończenia Dni Kolbuszowej. Ostatni szalony dzień przed maturami. Fajerwerki nie były złe chodź kilka lat temu udały im się naprawdę wspaniałe, gdyż były nad twoją głową i zarąbiście to wyglądało, na dodatek były bardzo ładne. Jednak z różnych przyczyn odstąpili od tego. Mimo to dobrze, że są jakiekolwiek J Kiedy było już po wszystkim zaczęłyśmy się żegnać na środku bocznej drogi. W pewnej chwili całkiem zszokowane ktoś na nas trąbi, obejrzałyśmy się, a tam radiowóz :/ Zeszłyśmy szybko z drogi, a on pojechał. Gdy koleżanka odeszła, wraz z kuzynką zaczęłyśmy się kierować w stronę mojego auta. Szłyśmy akurat drogą którą jechała policja. Wjeżdżali w różne zakamarki sprawdzając pewnie czy nikt pijany nie leży pod płotem, albo też nikogo nie zaczepia. Dochodząc do auta, policjant widział że wsiadam za kółko, myślałyśmy, że podejdzie i jakiś alkomat albo co, ale nic z tego. Potem z nimi chwile jechałyśmy ale nie reagowali :)

Wtorek 07.05.2013r.
Dzisiaj miałyśmy pisać polski. Wcześniej jednak pojechałyśmy na 7:00 do kościoła, gdzie była odprawiana za nas msza. Po skończonej mszy, miałyśmy na 8;15 (o tej zaczynali wpuszczać na maturę), być w szkole. Wsiadałam więc do swojego samochodu wraz z kuzynką i koleżanką. Miałam jeszcze wstąpić do sklepu po czarny długopis, bo ten co miałam nie wiedziałam czy mi wystarczy, a więc zajechałam pod najbliższy kiosk, który niestety z powodu zbyt wczesnej pory był zamknięty. Miałam więc nadzieję, że uda mi się od kogoś pożyczyć. Zajechałyśmy więc na miejsce na parkingu pod szkołą i zaczęłyśmy zbierać z samochodu wszystkie potrzebne rzeczy. W tej to chwili koleżanka zauważyła, że nie wzięła dowodu. Odpalamy silnik i ruszam. Pada pytanie: ,,masz klucze do domu” i gwałtowna odpowiedź: ..nieee!” L Sięga więc błyskawicznie po telefon i dzwoni do mamy. Zajeżdżam do niej pod szkołę, ale ona nie odbiera. Koleżanka nie wiedziała gdzie ją znaleźć, odjeżdżam więc, a ona dzwoni do taty. Korki jak nazłość ogromne, dlaczego? Bo przecież wtorek! Dojechałam jednak do gminy, gdzie pracuje jej tata. Niestety jej nie udało się do niego dodzwonić. Wbiegła mimo to do środka. Sekretarka wyprosiła go ze spotkania, koleżanka otrzymała klucze i pojechałyśmy do niej do domu. Szybko znalazła dowód i czarny długopis dla mnie po czym ruszyłyśmy do szkoły. Na miejscu okazało się, że już nas dawno wołali. Ale jeszcze nie wszystkie klasy weszły więc w sumie nic strasznego się nie stało. Wylosowałam numerek ławki. Trafiłam na 2. Zaraz na przodzie pod oknem. Siadałam tam znajdując jedną zaletę – przynajmniej nie fiknę mając stały dopływ powietrza, gdyż okna były otwarte. Niestety, po chwili zamknięto okna, gdyż ktoś powiedział, że przeszkadza mu hałas kosiarki dochodzący z pola. Zaczęliśmy. Powiem, że w części pisemnej trafiłam na lekturę którą przeczytałam (a to rzadkość). I chodź nie musiałam się odwoływać do treści z lektury sama świadomość znania lektury mi pomogła i zajęłam wszystkie możliwe kartki by opisać temat. Po wyjściu czekała na mnie drożdżówka i woda do picia (w butelkach)

Środa 08.05.2013r.
Dzisiaj bez większych kłopotów oprócz tego, że zapomniałam linijki. Na szczęście kuzynka która ze mną jechał przypomniała mi i wzięła ode mnie z domu (aby ja już nie musiała się wracać). Wzięła linijkę, kątomierz i ekierkę, bo nie pamiętałyśmy czy można wszystko czy nie. Po wylosowaniu numerka 44. Jak to ten wielki w ,,Dziadach’’ co ma zbawić świat z numerem czterdzieści i cztery. Po czym usiadłam w ostatniej ławce prawie w środkowym rzędzie. Podczas egzaminu podeszła do mnie kobieta zabierając  ekierkę i kątomierz mówiąc, że tego nie wolno mieć i odbiorę przy wyjściu. Tak też potem zrobiłam, a na korytarzu czekała drożdżówka z wodą. Niestety mimo iż spodziewam się mieć ponad 70% jestem bardzo nie zadowolona gdyż straciłam 4 punkty na banalnym zadaniu, bo nie podzieliłam jednego dziadostwa…

Czwartek 09.05.2013r.
Angielski. Koszmar mojego życia. Nienawidzę uczyć się języków obcych. Nic mi nigdy nie wchodzi do głowy. Mimo iż testy próbne pisałam na ponad 80% teraz spodziewałam się najgorszego. Test ten pisaliśmy w klasie a nie na hali, gdyż nie było by słychać magnetofonu. O ile dobrze pamiętam miałam 8 numerek. W każdym razie siedziałam na środku klasy. Zastanawialiśmy się czy będzie list oficjalny czy prywatny. Osobiście wolę prywatny bo możesz spokojnie pisać potocznym językiem. I taki na szczęście był. Gdy już wszystko skończyłam, zaczęłam na wszelki wypadek czytać raz jeszcze i co się okazało? Nie napisałam na temat jednej kropki w liście, a list miałam już wtedy na maxymalną ilość słów. Musiałam wszystko poskracać, powyrzucać i dopisać to co brakuje, a zegar tyka …. Na szczęście zdążyłam, a pani widząc moje gorączkowe liczenie słów i ciężką pracę nad tekstem patrzyła na mnie z politowaniem, co jeszcze bardziej pogarszało moje samopoczucie. Gdy skończyłam, oddałam prace i poczułam jak spada mi ciężar z serca. Potem już w domu, czekałam z kuzynką na wyniki i …. I nie doczekałam się. Nie było ich bardzo długo. Kuzynka poszła do domu i całe szczęście bo po obliczeniu ile mi wychodzi byłam załamana. Mogłam liczyć tylko na 60%. Całymi dniami chodziłam jak struta. Nie mogąc się skupić na nauce wosu i geografii.

Poniedziałek 13.05.2013r.

Dzień w którym mają się potoczyć moje dalsze losy czyli zdanie wosu. Przedmiotu który będzie decydował o tym czy dostane się na bezpieczeństwo wewnętrzne czy tez nie. Jeszcze w niedziele wieczorem miałam do powtórzenia 1/3 vademecum co nie nastawiało optymistycznie. Mózg niestety odmówił posłuszeństwa, tak więc z myślą, że mam na 14:00 udałam się na odpoczynek. Rano koleżanka obudziłam mnie sms’em pisząc: ,,Powodzenia” i coś mnie tchnęło żeby sprawdzić rozpiskę zanim napiszę: ,,Dzięki, ale egzamin mam dopiero o 14:00” i wtedy poczułam serce w gardle. Egzamin nie był o 14:00 tylko o 9:00!! O 14:00 mam ale geog która ma być we wtorek! W ogromnym pośpiechu przygotowała strój, ubrałam się i pojechałam do szkoły. Na szczęście zdążyłam. Niestety materiał nie został przerobiony do końca. Wylosowałam miejsce z samego przody przed komisją. Otworzyłam egzamin i stwierdziłam, że g….no wiem. Wróciłam do domu spokojna, że mam to za sobą, ale koszmarnie bałam się gdy zobaczę wyniki. Przejrzałam je i stwierdziła, że powinnam mieć około 60%. Koleżanka zaś powiedziała, że będzie miałam mniej. Co - wiem wredne -  napawało mnie radością. 

Wtorek 14.05.2013r.
Ten dzień był bardzo luźnym dniem. Nie przykładałam się do niego, gdyż geografia nie była mi do niczego potrzebna co więcej na próbnej miałam 60% a w ogóle się nie uczyłam. Tak więc poszłam nie zestresowana i zaszokowało mnie jak trudny się okazał. Nie wiedziałam wielu rzeczy i znów do domu nie wróciłam szczęśliwa. Liczyłam na około niewiele ponad 50%.

Wtorek 28.05.2013r.
Dzisiaj ustny polski. Tekst nie opanowałam tak rewelacyjnie jak bym chciałam, ale nie było tragedii, mimo to sam fakt, że mam tam iść i stanąć (bądź siąść) przed komisją i opowiadać przyprawiało mnie o ogromny strach. Egzamin miałam mieś gdzieś bardzo późnym wieczorem, ale okazało się, że nie ma przerwy i został przesunięty, co niestety spowodowało jeszcze większy stres. Ale jak mus to mus. Pojechałam. Gdy dotarłam pod salę czekali tam znajomi którzy zaczęli opowiadać jacy to straszni ludzie w tej komisji. Co okazało się niezłym żartem. Co gorsza jednak zapomniałam dowodu, a okazało się, że go sprawdzają. Gdy weszłam do sali, zauważyłam stół nakryty obrusem, a za nim obcą mi kobietę. Przed stołem zaś stało krzesełko. Zostałam poproszona by usiąść, co z wdzięcznością poczyniła i po chwili zapytano mnie o dowód powiedziała, że niestety go zapomniałam i że jeżeli jest to bardzo koniecznie zadzwonię do kogoś kto mi go przywiezie. Co okazało się na szczęście nie konieczne. Nauczyciel poprosił o rozpoczęcie i w tej chwili poczułam, że nie mam zielonego pojęcia jak mój tekst się zaczynał. W Sali rozległa się głucha cisza. Widziałam rozglądające się, zniecierpliwione spojrzenia nauczycieli, a żołądek zawinął mi się w supeł. Po upływie około 30 sekund, które dla mnie były wiecznością nagle przypomniałam sobie jak to szło i czym prędzej ruszyłam, aby nie przeciągać. Szło nieźle (chyba). Nauczyciele nie patrzyli mi w oczy tylko błądzili wciąż wzrokiem po sali, by w pewnej chwili mój wzrok spotkał się ze wzrokiem obcej mi nauczycielki. Patrzyła na mnie przez jakiś czas, ja patrzyłam na nią, a słowa same leciały z moich ust, by nagle w jednej chwili wszystko rozsypało się na strzępy. Kobieta gwałtownie odwróciła wzrok co spowodowało całkowite wyrwanie mnie z kontekstu i przez 5 sekund nie wiedziałam co dalej. Na szczęście udało mi się wrócić myślami do tekstu. Gdy zakończyłam padły 3 pytania. Dwa do tekstu (jak objawiał się prometeizm w Konradzie Wallenrodzie i coś o Starym Prometeuszu czego nie do końca zrozumiałam, ale mimo to nawijałam co mi przychodziło do głowy) i jedno takie bardziej o moją opinię (Dlaczego wciąż wracamy w utworach literackich do postawy prometejskiej). Po tym jak wyszłam z sali weszła jeszcze jedna osoba i wyniki. Okazało się, że zdobyłam 90% - z czego ogromnie się cieszę i czego się nie spodziewałam.

Czwartek 28.05.2013r.
Kolejny koszmar w moim życiu – ustny angielski. Nie będę się rozpisywałam powiem tylko, że była to moja chyba najgorsza wypowiedź po angielsku. Całkowicie zaskoczona pytaniami na dodatek nie umiałam bym na nie odpowiedzieć nawet po polsku otrzymałam tylko 57%. Tyle co jedna z moich koleżanek, ale dowiedziałam się, że ma tyle samo dopiero po jakimś czasie i długo chodziła struta, mimo iż mama wmawiałam mi że to wcale nie jest zły wynik.

Piątek 28.06.2013r.
Dzień wyników. A może nie do końca, bo wyniki pojawiły się dopiero w nocy po północy. Mimo iż logowałam się o północy i około pierwszej wyniki znałam dopiero o 02:22 – wiem ciekawa godzina. I tak polski – 84%, matma – 76%, angielski – 84%,  wos – 55%, geog – 42%. Gdy to przeczytała przez myśl przeszło mi, że się pomylili (jak się potem okazało wielu znajomych tak myślało o swoich wynikach). Niestety teraz żałuję, że nie zdawałam żadnego rozszerzenia, bo wynik 55% nie wiele mi daje, a koleżanka uzyskała 68% co jeszcze bardziej mnie dobiło. Mimo to mam ogromną nadzieję, że uda mi się dostać na Uniwersytet Marii Curie-Składowskiej w Lublinie. Na początku planowałam Kraków, ale koleżanka się tam nie dostała, a chciałyśmy mieszkać razem. Zdała ona egzamin z rysunku w Lublinie stąd zmiana planów. Mamy już prawie załatwione mieszkanie i jak się nie dostanę to będzie kolejne wielkie rozczarowanie, żali i ogromne cierpienie, ale staram się o tym nie myśleć i żyć optymistycznie nastawiona.
W sobotę po wynikach urządziliśmy sobie ognisko. Kolega założył się, że nie zda z polskiego. Był tak tego pewien, że zrobił błąd kardynalny, że założył się o 2,5litry wódki. Biedak musiał to wieczorem postawić ;p Niestety pierwszy i ostatni raz wykazałam się tak wielką nierozwagą, że piłam 3 rodzaje wódki, popijając winem co skutkowało iż w pewnym momencie po prostu odleciałam. I z imprezy nie pamiętam wszystkiego. Na szczęście nie wymiotowałam, mój żołądek okazała się silniejszy od chłopaków, którzy potem pluli dalej niż widzieli. Jeden nawet zemdlał i rzygał pod i na siebie. To było straszne, ale w końcu to po maturach, zdanych w naszej klasie w 100% można więc było zaszaleć ;p
 A co z tego było najzabawniejsze? Pijany kolega, który wyjechał z pytaniem, czy to zoo bo wszędzie do około są pawie :D

niedziela, 2 czerwca 2013

Recenzja książki ,,Tajemnica rzeki Lost River"



Mały pokoik. Tak mały, że aby przyjść z jednego jego końca do drugiego (co w cale nie stanowiło tak wiele) trzeba było stanąć na łóżku, bądź zrobić ogromnego kroka. Oprócz łóżka, była tam też ogromna szafa, pełna książek i ciuchów, chodź większość niepotrzebnych najwidoczniej właściciel nie potrafił się ich od tak pozbyć. Na szafce stoi nie dopity jeszcze jogurt, a za nim leży nóż, jakby do smarowania chleba chodź i tak już dawno nikt go nie używa. Uchylone okno powoduje, iż stukające w okno grube krople deszczu powodują ogromny hałas. Mimo to młoda dziewczyna siedząca na łóżku, mająca około 19 lat, nie rusza się. Patrzy w jeden punkt na szafie, i chodź nie ma tam nic ciekawego nie odrywa wzroku. Powoduje to iż ma się wrażenie, że zapadła w śpiączkę. Ona jednak siedzi i od czasu do czasu pozwala powieką szybko opaść by za chwilę znów unieść się do góry. Z owego transu nie jest w stanie wyrwać jej nawet najgłośniejszy hałas, ani walące w parapet krople, ani ujadający na podwórzy pies. Dziewczyna ta siedzi z podkulonymi nogami, nakrytymi kołdrą, a głowa jej pełna jest niekończących się łańcuchów myśli. I choć po trochu czepia się każdej to właśnie ta jedna bywa w jej umyśle najczęściej. Dlaczego takie zakończenie? Mógł tam przecież zginąć. Przecież ta woda nie myśli, czemu go nie pochłonęła? On nie powinien tam skakać skoro już to jednak zrobił, czemu przeżył. I czemu to epilog opowiada zakończenie historii, które jest tak urywane i opowiedziane krótkimi zdaniami. Zamiast opisane jeszcze w choćby 30 stronach. Nie rozumiem, co to ma znaczyć. Myśli dziewczyny nie krążyły wokół niczego innego jak dopiero co przeczytanej książki. I chodź nie lubi ich czytać, tą przeczytała w około 3 dni. A przecież miała ona ponad 500 stron, a dziewczyna miała mnóstwo innych zajęć. To trzeba zrobić to, to tamto, trzeba pojechać tam, przywieźć to, a jednak. Ona ją przeczytała. Czytała ją każdego ranka gdy tylko się obudziła. Siadając wygodnie na łóżku i udając przed całym światem, że jeszcze śpi. Czytała ją także wieczorami. Książka ta tak ją fascynowała, że siedziała z nią tak długo, dopóki jej umysł dawał radę cokolwiek rejestrować. I chodź czuła, że za bardzo go przeciąża, że chodź tylko czyta to musi odpocząć, nie potrafiła odłożyć książki, zdjąć okularów, zgasić światła i zasnąć. Robiła to dopiero wtedy, gdy jej ciało, samo nakazywało, układać się w łóżku coraz wygodnie, ręce zaczynały swobodnie opadać, nie mogąc utrzymać w dłoniach książki która zdawała się ważyć 10 kilo, a oczy tak nieposłuszne, zamykały się, z trudem otwierając, jakby chciały zatrzasnąć się raz na dobre i nie otwierać, aż słońce ukaże się na horyzoncie. Teraz jednak gdy przeczytała ostatnią kartkę z książki. Nawet to co było dodane od autora, wszystkie podziękowania. Czuła ogromne rozczarowanie, może nawet nie samym faktem, że rozczarowało ją zakończenie, ale to iż książka się skończyła. Tyle. Nie ma już ani jednej kartki, ani jednej linijki, ani jednego słowa. Jedna marna kropka i tyle. A przecież ona chciała czegoś więcej, pomimo iż goniła i czytała tę książkę, najszybciej jak może, to teraz, czuła tylko to głupie rozczarowanie, dlaczego ta książka się już skończyła?
Spojrzała na raz jeszcze na okładkę: ,, Tajemnica rzeki Lost River” Michael Koryta. Nad napisem zaś znajdował się cytat, niejakiego Michaela Connelly i wielkie drzewo na niebieskim tle nieba. Nic więcej, nic co mogło by zapełnić pustkę, stworzoną po tym iż czytanie tej książki, dobiegło końca. Odwróciła więc książkę na drugą stronę, by obejrzeć, okładkę z tyłu książki.
Wartka akcja oraz galeria ciekawych postaci umieszczona w scenerii urokliwej przyrody Środkowego Zachodu. Nawiązująca do najlepszych tradycji powieści gotyckiej thriller, błyskotliwie pomyślany i przerażająco realny. Powieść, która intryguje od pierwszej do ostatniej strony!” – przeczytała. Po czym opuściła wzrok niżej i ujrzała trzy cytaty, będące opinią o owej książce. Ten jednak szczególnie zapadł jej w pamięci: ,, Jedna z tych książek, podczas czytania których trzy razy upewnisz się, czy aby na pewno pozamykałeś wszystkie drzwi. Cudownie przyprawia o dreszcze”. O tak, to muszę przyznać, książka była naprawdę przerażająca. Zwłaszcza, gdy czytałeś ją podczas zapadającego zmroku i gdy ciało odmawiało posłuszeństwa by czytać dalej, a ty musiałeś zgasić światło. Mimo to książka naprawdę warta polecenia. Gdy ktoś lubi zagadki i przewijającą się przez powieść magię. 


Pozdrawiam:)



PS. Post o maturach jeszcze się pisze, ale mogę powiedzieć, że już około tydzień temu zakończyłam wszystkie i teraz pokornie czekam na wyniki 

sobota, 4 maja 2013

Ja, on czyli zabawy czas :)

     Wiecie u mnie to jest tak, że kiedy przyprowadzam wieczorem Kajtusia do domu, to zanim zje zanim cokolwiek zrobimy, wpada na legowisko chwyta sznur i się zaczyna...
    Przeciąganie sznurem to jego ulubiona zabawa. I chodź kiedyś w jeden wieczór potrafił rozgryźć ten największy, to teraz mam go już chyba ze trzy tygodnie prawie w nienaruszonym stanie, ale co tam przynajmniej jest się czym przeciągać.
    Kiedy się z nim bawię pochłania mnie to w pełni, co tam jak ja wtedy wyglądam, co tam, że robimy straszny bałagan w pokoju, ważne jest to co wtedy czujesz, jak wali ci serce gdy próbujesz wygrać tę walkę ,,na śmierć i życie", a której wygrana jest ukoronowana posiadaniem tego jakże pożądanego sznura.

Kiedyś postanowiłam uchwycić te momenty na zdjęciach, ustawiłam go więc w pokoju, włączyłam samowyzwalacz i ...





Te emocje...zwłaszcza na mojej twarzy hahaha :D



A po wszystkim odpoczynek ze zwycięskim sznurem w swych objęciach :)



 Pozdrawiam :)

środa, 1 maja 2013

Kleszczofobia


Wielu ludzi uważa że kleszcze to nic takiego, bądź wręcz przeciwnie panicznie się ich boją. Niestety ani to ani to nie jest dobrym wyjściem, gdyż we wszystkim trzeba znać jakiś umiar.
Dzisiaj np. zakupiłam gazetę Przyjaciel Pies, gdzie było wspomniane o babeszjozie – choroba ta jest bardzo niebezpieczna, nie leczona może doprowadzić do śmierci, a sam jej wirus jest przekazywany w ślinie przez właśnie kleszcze.
Następnie wzięłam się za czytanie wosu (uczę się do matury:( ), niestety, albo stety bo strasznie mi się nie chciało, Kajtuś zaczął piszczeć domagając się spaceru, wzięłam więc, szelki, smycz, aparat i sznur do zabawy. Na początek wstąpiliśmy do mojego nowego domu (który nie jest jeszcze wykończony), aby pootwierać tam okna. Przy okazji zostawiłam tam też sznur, aby nie nosić go w kieszeni. Pomaszerowaliśmy dalej.  W trakcie drogi zauważyłam, że Kajtuś się zmęczył i chce mu się pić, skierowałam się więc w stronę niedalekiego strumyka.




Kiedy tam doszliśmy, Rudy kosztował wody, a ja pstrykałam zdjęcia, w pewnej chwili zobaczyłam piękne żółte kwiaty – kaczeńce pomyślałam i postanowiłam, podejść tam i zrobić im zdjęcia. Złapałam smycz i powiedziałam do małego, który skończył pić wodę jakiś czas temu: ,,idziemy”. Od kaczeńców dzieliły nas małe krzaczki, i drzewa, ale nie były one dla mnie przeszkodą, Kajtuś za to nie bardzo chciał tam iść. Jednak po moich namowach (,,Kajtuś na chodź..”), łaskawie zgodził się pójść za mną. Kiedy doszłam, oddałam się w pełni fotografowaniu pięknych kwiatów.



Niestety Rudy nie był tym zachwycony (nie lubi takiej bezczynności) i strasznie ,,marudził”. Ja jednak na jednym z kwiatów ujrzałam muchę i chciałam ją złapać w locie, jak sfruwa z kwiatka. I udałoby mi się to gdyby nie jeden, przeraźliwy fakt! Kleszcze!! Na prawej dłoni zauważyłam jednego tego paskudę i czym prędzej zaczęłam stamtąd wychodzić. Oczywiście tego dziada wcześniej zwaliłam, następnie mimowolnie rzuciłam wzrokiem na Kajtka i na nim także zauważyłam to małe okropieństwo. Zrzuciłam jednego, drugi skutecznie zakopał mi się w sierści Kajtka, próbowałam go wyjąć niestety na próżno, pomyślałam, więc: ,,i tak cię złapię gdy tylko wyleziesz” i zaczęłam dalej przeszukiwać Kajtka w poszukiwaniu innych. Moje skupienie przerwał nadjeżdżający bardzo głośno pociąg. Zaprzestałam wiec wykonywanej jeszcze przed chwilą czynności i postanowiłam udać się do domu, rozebrać i przeszukać czy sama nie mam więcej tego małego paskudy na sobie. I wiecie szłam tak szybko, ale prawie biegnąc, że minęłam ów pociąg ! ;p Niezła jestem co ? A tak naprawdę to ten pociąg strasznie się wlukuł, konduktor nawet zszedł na schodki i zaczął coś sprawdzać, myślę, że cos się mu zepsuło, ale już nie pytałam, tylko szłam dalej.



 Kiedy dotarłam, do domu, który budujemy, rozebrałam się i o dziwo nie znalazłam, żadnego innego kleszcza. Byłam prawie przekonana, że jakiegoś znajdę w końcu mierzę sobie około 170 cm, z czego bity metr to są nogi, na których nic nie znalazłam, za to udało mi się odnaleźć zagubionego kleszcza u Kajtka. Po tym wszystkim usiedliśmy sobie na schodach przed domem, znaczy ja usiadłam, bo ten mały wariat ganiał jak szalony i tylko chwilami siadał, czy też się kład.






Czasem trzeba sobie przysiąść i odpocząć

 



Mimo jednak wszystkiego mam wrażenie, że spacer był udany ;p
Pozdrawiam:D

PS.Zapomniałam wspomnieć, od piątku (26.04.2013r.), jestem wolna – skończyłam szkołę, teraz tylko…tylko matura :(

sobota, 20 kwietnia 2013

Bo przed maturą trzeba poprosić, aby zdać ;p

Wczoraj tj. 19.04.2013r. udaliśmy się ze szkoły do Częstochowy. Jest to pielgrzymka jaką obchodzą wszystkie trzecie klasy, by prosić Matkę Boską o zdanie. Tak więc i my pojechaliśmy. Przeważnie jednak było tak, że ludzie jechali na tygodniu, nas jednak dyrektorka tak kocha, że pojechaliśmy w nocy z piątku na sobotę. Wyjazd był o 12:30 z pod kościoła. 5 klas w dwóch dużych autobusach i jeden bus. Nie każdy jechał, jechali ci co chcieli, ale u nas była 100% frekwencja :)


Zacznę jednak od początku. A wiec: kiedy wróciłam w piątek po szkole do domu, tak około 14:20, zjadłam obiad i postanowiłam się spakować. Odszukałam małą, podręczną torbę, wcisnęłam do niej paluszki, orzeszki, portfel, chusteczki higieniczne, i 4 bułki - one jednak by nie zajmowały za dużo miejsca zostały przeze mnie brutalnie zgniecione na  płaski placek (bułki te były takie sklepowe 7 days, a więc nie było to trudne). Przygotowałam ciuchy, odmówiłam, koronkę i modlitwę za nienarodzone dziecko jaką się niedawno podjęłam odmawiać przez 9 miesięcy, ustawiłam budzik na 23:20 i poszłam spać. Niestety kilka razy przekręcałam się z boku na bok i budziłam (nie jestem przyzwyczajona spać w dzień), ale jakoś się wyspałam. Gdy usłyszałam budzik, zabrałam przygotowane rzeczy, poszłam się umyć i wyszłam z domu. Na cmentarz, a raczej parking pod cmentarzem zawiozła mnie ciocia (bo odwo

ziła swoją córkę, a moją kuzynkę, bo jechała z nami - jest w tej samej klasie co ja).
Przyjechały autobusy, usadowiłyśmy się na miejscach pod koniec pojazdu i po ukokoszeniu udałyśmy się na drzemkę (4 godziny to nie mało na  podróż w autobusie). Wszystko by się dało znieść, gdyby nie fakt, że było tam piekielnie zimno. Co więcej gość włączył zimną klimatyzację, której nie dało się wyłączyć, a jedynie trochę zablokować przepływ. P czterech godzinach i jednym postoju dotarłyśmy na miejsce. Poszłyśmy prawie od razu do kościoła, gdzie o godzinie 6:00 było odsłonięcie obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, a potem msza. Następnie miałyśmy czas wolny, aż do 8:00 - czyli czas na śniadanie. Udaliśmy się do przestronnej herbaciarni i tam spożyłyśmy część zabranego ze sobą prowiantu. Po sytym posiłku była Droga Krzyżowa.

Następnie kolejny czas wolny około dwu godzinny. Byłyśmy więc z koleżankami na wieży.
Niestety po przejściu 298 schodków w jedną stronę widok nie zachwycał bo wyła mgła, ale zawsze coś.

Byłyśmy też chyba w grobowcu (w każdym razie nie można tam było robić zdjęć:( ), obeszłyśmy też Cudowny Obraz dookoła na klęczkach i zaczęłyśmy się kierować w stronę autobusu, gdyż zbliżał się czas odjazdu do następnego miejsca. Zanim jednak on nastąpił poszłam z koleżanką na papieskie kremówki
:D


Po upływie około 40 minut jazdy autobusem dotarłyśmy do następnego miejsca, gdzie było sanktuarium Matki Boskiej Gidelskiej. Tam usłyszeliśmy historię tego sanktuarium: (od razu ostrzegam, że mogłam przekręcić niektóre fakty - moja pamięć do szczegółów) Pewien rolnik znalazł w polu malutką figurkę Matki Boskiej, podniósł ją i schował do kieszeni. Kiedy wrócił do domu, stracił wzrok on i jego rodzina. Nie wiedzieli oczywiście dlaczego. Jego przyjaciele powiedzieli mu, że postawili kapliczkę na jego podwórzu i wstawią tam figurkę, którą znalazł. Przedtem jednak zaczęli ją obmywać z piasku i gliny. Nagle owego rolnika coś tknęło i przemył swoje oczy i swojej rodziny wodą jaka była czyszczona figurka, po tym zdarzeniu odzyskali wzrok. Teraz w miejscu gdzie stał niegdyś kapliczka jest owe sanktuarium w, którym byliśmy. Zdarzało się tam wiele cudów - koło ołtarza widziałam np. kule - co ewidentnie oznacza, że ktoś został uleczony. Stamtąd też nabyłam wino i modlitwę do Matki Boskiej Gidelskiej, która ma moc uzdrawiania. Z myślą o rodzinie przywiozłam ją do domu i wiem, że jeżeli wszyscy szczerze w to uwierzymy jej moc zadziała.
w tym flakoniku znajduje się uzdrowicielskie wino


Potem powrót do domu. Znów 4 godziny tłuczenia się w autobusie. Droga jednak mijałam mi przyjemnie, było ciepło, a nawet gorąco, siedziałam w koszulce z krótkim rękawkiem odrzucając dres i kurtkę bez których wcześniej szło zamarznąć. Tym zaś razem nawet otwarte okna w dachu nie dawały większego rezultatu. Podróż mijała mi szybko na rozmowie ze znajomymi. Kiedy zaś nastąpił postój poszłam z koleżanką do toalety. Kiedy wróciłam do autobusu, zobaczyłam ogromne zamieszanie wokoło miejsca gdzie siedziałam, okazało się, że dziewczyny zaczęły malować tuszem do oczu, brązem i błyszczykiem kolegę, który śpiąc nic nie czuł! Wyglądał naprawdę zarąbiście - zaczęłam więc robić zdjęcia. Kolega obudził się dopiero po nałożeniu błyszczyka, kiedy poczuł coś wilgotnego na wargach. Budząc się zdążył jednak wytrzeć usta w poduszkę koleżanki (na szczęście nie bardzo). Oj żebyście to widzieli, wstał taki wściekły i zdezorientowany. No bo jakbyście się czuli jakby wisiał nad wami tłum ludzi, a wy byście nie wiedzieli co się stało?
 Kapnął się gdy kolega podał mu lusterko. Wyglądał jakby chciał wszystkich wyzabijać. Szybko się jednak zebrał i chciał pójść do toalety. Nie tylko ze względu na makijaż, ale i dlatego że wcześniej wypił piwo i chciało mu się sikać, a i zapalił by sobie bo dawno ( w jego mniemaniu tego nie robił). Drzwi jednak zamknęły mu się przed nosem, pchnął je, ale nic to nie dało. Wściekły zaczął krzyczeć żaby otworzyli mu drzwi, ale nasza kochana wycho powiedziała, że odjeżdżamy i nigdzie nie pójdzie. W tym momencie spostrzegłam, że nie ma dwóch naszych dziewczyn, zaczęłam więc wołać, że nie ma wszystkich. Otworzyła więc mu drzwi, a ja zadzwoniłam do dziewczyn, które jak się okazało poszły na pobliski cmentarz. Gdy wróciły pani chciała odjeżdżać, ale kolegi (Mateusza) nie było widać. Pani stwierdziła, że poszedł zapalić i aby go wystraszyć, że odjeżdżamy i żeby przybiegł poprosiła kierowcę by podjechał pod samą ulicę. Jakież było jej zdziwienie i śmiech w autobusie, gdy Mateusz najspokojniej w świecie szedł sobie powoli jakby nigdy nic.
Nie był jednak tak kolorowo, gdy tylko wszedł do autobusu zaczął dopytywać kto to zrobił i mówił mi że mam usunąć zdjęcia. Był tak upierdliwy na tym puncie, że już brakowało mi argumentów. Mówił, że mam je usunąć, albo sam to zrobi. Podałam mu wiec aparat (w którym nie było karty, koleżanka wcześniej poleciła mi ją wyjąć, a zamiast jego zdjęć i zdjęć z wycieczki, było kilka zdjęć choinki na pamięci telefonu), Mati przeszukiwał i przeszukiwał, gdy powiedziała, że przecież skoro nie ma to znaczy, że usunęłam, on jednak kapną się, że coś tu nie gra bo przecież nie ma nawet zdjęć z wycieczki. Nie udało mu się wydusić ze mnie gdzie są zdjęcia, ale na koniec usłyszałam, że gdybym była chłopakiem to dostałabym po gębie. Moja odpowiedź z uśmiecham na ustach: ,, Ale na szczęście nie jestem" była chyba dla niego tak oczywista, że nie odzyska zdjęć iż odpuścił:) Niestety na wzgląd na niego nie pokaże ich wam, ale wierzcie mi na słowo wyglądał genialnie :D



Pozdrawiam :D

sobota, 13 kwietnia 2013

Żabi post :)

   Dzisiaj na reszcie była wspaniała pogoda. Można było chodzić w samej koszulce, a i tak było ciepło. 
Niestety jakoś tak szczególnie tego czasu nie miałam jak wykorzystać, bo musiałam zrobić wiele rzeczy wkoło podwórza i wogóle. Nie ma co pisać, bo to dosłownie była gówniana robota. 
Potem jednak postanowiłam iść z Kajtkiem na spacer i co? I pogoda się zepsuła, zrobiło się pochmurno, zaczęło grzmieć i wylądowałam w domu, na szczęście po jakimś czasie się rozpogodziło i mogłam się udać na spacer. Wzięłam Kajtka i aparat z zamiarem dobrze go wykorzystania, na nie małą sesję Kajtkowi, jednak stało się inaczej, bo natknęłam się na żabę, potem drugą i trzecią, aż w końcu sama zaczęłam ich poszukiwać i robić im zdjęcia. Było ich na prawdę dużo ponieważ nie tylko wszędzie było mokro, to jeszcze mają teraz okres godowy tak więc, robiłam i robiłam i zaczęło grzmieć, coraz bardziej i bardziej i musiałam w pośpiechu wracać do domu:( 
Ale efekty mojego dzisiejszego spaceru możecie podziwiać w tym poście :)


 Zauważyłam dzisiaj, że żaby mają na prawdę piękne, a może nawet przepiękne oczy :)




 

Zauważyliście kiedyś jakie żaby mają dziwne nogi gdy stoją, ja prawdę powiedziawszy widziałam to chyba pierwszy raz na żywo.


U nas w piątek (12.04.2013) pojawiły się bociany, a u was w okolicach? 

Ale mimo tak pięknych słonecznych chwil staw sąsiada nadal wprawdzie w niewielkiej części, ale jednak jest pokryty lodem 


No i na sam koniec koniecznie mój kochany wariat :)


Pozdrawiam :)

piątek, 12 kwietnia 2013

Ta siła która mówi idź dalej, chodź inni mówią, że nie ma po co...

Większego bólu od tego nie zaznasz, niż tego gdy tracisz zaufanie najbliższych
       Kochani, myślę, że wielu z was czuło coś takiego, taką siłę, która najzwyczajniej w świecie nie pozwalała wam się poddawać. Nie ważne było co mówią inni, jakich używają argumentów, ty i tak wiedziałeś swoje, czułeś, że masz rację i, że słusznie robisz. To jak dążyłeś do tego, jak bardzo pragnąłeś mieć rację tego dążenia.
I chodź czasem okazuje się, że inni mieli rację, to innym razem gdy masz tą samą sytuację, znów czujesz to co za pierwszym uczuciem, tą siłę, to natchnienie, bo może tym razem wygram, tym razem zwyciężę i pokaże im wszystkim, całemu światu, że to oni się mylili, że ja miałem rację, sęk w tym czy ta siła się kiedyś wypala? czy znika? Otóż myślę, że niestety tak, i nie jest to już to, że ci się nie udawało, ale to, że  to oni w ciebie nie wierzyli, bo to oni zwątpili, to oni mówili: ,,nie dasz radę" i w końcu pękasz, stajesz się jak pies, który siedzi gdy mu każą, a gdy każą to wstajesz. Nie walczysz, bo po co? Nikt cię nie dopinguje, nikt w ciebie nie wierzy, każdy uważa się za mądrzejszego do tego stopnia, że cię łamią i ta siła umiera, jak wypalająca się zapałka, która w końcu gaśnie. W swym życiu chcemy czy nie jesteśmy zależni od tego co mówią i myślą, szczególnie ci, których kochamy, ci, którym ufamy, bo to od nich zależy czy ta zapałka zgaśnie czy zapali się od niej kolejna i kolejna. Moja niestety gaśnie. Dzisiaj straciłam zaufanie do osoby, którą najbardziej nim darzyłam - do mojej mamy... i choć może jakoś je odbuduje wiem, że nigdy nie będzie tak pełne jak było. I to boli, boli zdrada, powierzasz komuś jakąś tajemnice, a on mówi osobie ostatniej, która powinna się o tym dowiedzieć, mimo iż zastrzegałaś - tylko ,,jej" nie mów i co? I powiedziała. Nie świadoma konsekwencji jakie mogą się z tym wiązać, nie tyle straty zaufania, ale i koszmarnych skutków względem osoby, która te słowa powierzyła ,,zaufanej pani" i tej która powierzyła te słowa mi...





niedziela, 7 kwietnia 2013

Wspominenie


"Wszystko przemija i wszystko się zmienia,
I sen się kończy i cudne marzenia,
Lecz coś jest w duszy co nigdy nie zginie
A tym jest... wspomnienie". 


zdjęcie z neta

Lecz czy warto pamiętać gdy wspomnienia ranią
czy warto pamiętać gdy łzy z serca wylewają

Stałam kiedyś cicho w kącie zapomniana
Szumiały na wietrze słowa
Ja patrzyłam, ja widziałam
A on dźwigał coś wielkiego, coś ciężkiego

I puścił
Łomot przerwał ciszę
jak grom uderzył w ziemię
Upadłam
Oczy swe zamknęłam by mnie nie ujrzał
Schowałam się w sobie głęboko
by zapomnieć
lecz wciąż pamiętam...


"Wspomnienie to cicha nuta
Wyjęta z tomów przeszłości
Wspomnienie to nić wysnuta
Ze złotej księgi młodości.
Wspomnienie to brzęk łańcucha
Co łączy rozpacz z nadzieją,
Wspomnienie to puszcza głucha
Gdzie tylko groby bieleją." 



moja fotka, zrobiona dzisiaj za domem
Bo nic nie przemija
Jak woda w jeziorze
Trwa i trwa
i zawsze trwać będzie...

 A ja na jej wierzchu
jak kaczka się trzymam
lecz czy kiedyś nie zatonę?




Wiersze w cudzysłowiu nie są moje, lecz ten w środku, ten pochyłym drukiem napisałam ja, i choć pewnie nikt nie rozumie są to słowa opisujące przeszłość, coś co chciałabym zapomnieć lecz wciąż we mnie trwa.Mogę wam jedynie narazie powiedzieć że ciężko doświadczył mnie los w dzieciństwie, i chodź mogło być gorzej, wspomnienia nie zawsze są miłe...

wtorek, 2 kwietnia 2013

Bo dzięki nim pamiętam...

   U nas na szczęście nic złego się nie dzieje, właściwie nie się nie dzieje. Siedzę w domu i nic nie robię. Oj jak ja dawno nie czułam takiej bezczynności, no niestety jak wszystko dobre i to się kończy. Muszę się dzisiaj wziąć za naukę, bo jutro wracamy do rzeczywistości. Ale co tam się smucić jakoś to będzie, jak zawsze. 

Dzisiaj jednak nie chcę was tym zanudzać, chcę abyście ocenili moje zdjęcia. Wiem, że wielu z was je robi. Wybrałam te, którym nie mam nic do zarzucenia i czekam na waszą krytykę. Bo wiecie dzięki temu się uczę:)

Kajtek

1

2

3

4




 Koty

5

6

7




Kwiaty 

8

9



Co tam w trawie siedzi

10


11





 Motyle

12

13

14



Widoki

15

16

17


Na prawdę czekam na liczne komentarze, szczególnie takie które określają zarówno wady jak i zalety fotografii. 
Co więcej proszę o wybranie tej która przypadła wam najbardziej do gustu :)
Pozdrawiam (-_-)